Aktualności

14 Maj 2018 19:00
Profesjonalizm po naszemu

Poruszony w ubiegłym tygodniu temat przetargu na lokal gastronomiczny nad modernizowanym zalewem przyniósł taki skutek, że postępowanie zostało unieważnione. Oficjalnie z powodu nie stawienia się jedynego oferenta, który wpłacił symboliczne wadium. To, że oferent się nie pojawił jest najlepszym dowodem na brak logiki w konstrukcji tego postępowania, przejawiający się chociażby właśnie wysokością ustanowionego wadium. Kwotę 200 zł najzwyczajniej w świecie większość podmiotów przystępujących do postępowania, w przypadku złego obrotu sprawy, może bez uszczerbku dla kondycji finansowej poświęcić. Przy okazji tej sprawy możliwe było dokonanie szybkiej oceny jakości i profesjonalizmu postępowań przetargowych, przygotowywanych pod auspicjami władz naszego miasta.

Firma, której jestem właścicielem świadczy swoje usługi między innymi dla klientów z sektora publicznego i praktycznie w każdym tygodniu bierze udział w kilku takich postępowaniach. Materiał porównawczy mam więc przebogaty. Jak na tym tle wypada nasz Urząd Miasta? Niestety fatalnie. Tydzień temu opisałem, to co sam w gazecie przeczytałem czyli ogłoszenie przetargowe. Skrytykowałem formę postępowania (przetarg ustny), przewidywany okres dzierżawy, wysokość wadium i wywoławczą wartość czynszu dzierżawnego, która w prasie była podana jako śmiesznie niska wartość roczna. Na stronie internetowej Urzędu Miasta w Biuletynie Informacji Publicznej ta sama wartość była podana jako wartość miesięczna. Zatem w prostym ogłoszeniu przetargowym popełniono szereg błędów zarówno formalnych jak i taktycznych. Wykazywałem, że przy takiej formie i konstrukcji przetargu miasto musi się liczyć z mniej korzystnym (w kontekście finansów miasta) rozstrzygnięciem.

Ciekawie wyglądał sam przebieg postępowania. W tych,
w których bierze udział moja firma przyzwyczajono mnie do pewnych świętych zasad. Po pierwsze terminy złożenia czy wpływu ofert – są ściśle określone i nieprzekraczalne. Podobnie termin wpłacenia wadium. Tutaj ponownie mieliśmy sprzeczne informacje. Tak jak funkcjonowały w obiegu dwie informacje dotyczące wywoławczej wartości czynszu: czy jest to wartość roczna czy miesięczna, tak i były dwie daty, do których należało wpłacić wadium. Po drugie termin otwarcia ofert. W tym wypadku - ponieważ to miał być przetarg ustny - godzina, o której postępowanie w ustnej formie miało zostać przeprowadzone. Z doświadczenia powiem, że wszystkie podmioty, z którymi mam do czynienia przystępują do oceny ofert ze szwajcarską punktualnością. Nie ma dla nich znaczenia czy oferenci pojawili się na otwarciu czy też nie. Komisja powołana do oceny złożonych ofert, po przedstawieniu członków, którzy w niej zasiadają oraz przedmiotu zamówienia, dokonuje otwarcia 6yi odczytania złożonych ofert. W naszym postępowaniu przede wszystkim rzuciło się w oczy nonszalanckie podejście do kwestii godziny rozpoczęcia przetargu. Dopiero po zwróceniu na ten fakt uwagi przez jednego z uczestników zreflektowano się i po chwili przystąpiono do czynności, które od biedy moglibyśmy nazwać „rozpoczęciem przetargu”. Drugie zaskoczenie to brak jako takiej komisji, która zostałaby oficjalnie przedstawiona przybyłym jako ta, która jest upoważniona do formalnego przeprowadzenia postępowania. Miejscem akcji był korytarz urzędu. Przybyłych nie zaproszono do jakiegokolwiek pokoju czy sali, tylko właśnie na korytarzu poinformowano, że z uwagi na nieobecność jedynego oferenta, który wpłacił wadium, przetarg się nie odbędzie.

Przyglądając się od początku do końca temu postępowaniu trudno nie odnieść wrażenia, że z kolei tym razem mamy pokaz „profesjonalizmu po naszemu”. Strach pomyśleć, jak toczą się postępowania, których stawką są dużo większe zadania i dużo większe pieniądze, zwykle do wydania przez miasto (tutaj były akurat do zarobienia). Obserwując to nagromadzenie błędów, gaf i pomyłek przy okazji tego skromnego postępowania, ma się przeświadczenie, że albo jest to celowe działanie mające „zmącić wodę”, albo poziom miejskich służb odpowiedzialnych za zamówienia publiczne jest skandalicznie niski.

Po moim tekście z ubiegłego tygodnia, w internecie rozgorzała dyskusja, w której przeważały głosy oburzenia i niezadowolenia z tak pojmowanego sposobu zarządzania miastem. Nie wiem czy prezydent to czyta czy też nie, ale na pewno czytają to jego ludzie i doradcy. Gdybym był na miejscu prezydenta i kierowałyby mną czyste intencje idące wespół z troską o dobro miasta i powierzonego mi mienia, z pewnością wyciągnąłbym z tych informacji odpowiednie wnioski i wprowadził określone działania korygujące.

Pycha jest jednak silniejsza od rozumu.

Otóż pojawiło się nowe ogłoszenie dotyczące przetargu na wydzierżawienie tego samego lokalu. Jakieś zmiany? Owszem: wartość wywoławcza czynszu dzierżawnego jest podana jako wartość miesięczna oraz kwota wadium została zwiększona do… 300 zł. Już widzę jak potencjalni uczestnicy zostali zdyscyplinowani! Jeśli 200 zł kogoś nie pogrążyło, to liczenie na to, że 300 zł już taki efekt wywrze jest delikatnie mówiąc naiwnością. Dalej twierdzę, że ten przetarg ma ktoś wygrać i pewnie ten tajemniczy „ktoś” wygra. Natomiast my możemy się w domowym zaciszu zastanawiać jakie kwoty z naszego skromnego budżetu zostały zaprzepaszczone w poszczególnych przetargach jakie miasto przez lata ogłaszało. Pewnie nigdy się tego nie dowiemy, ale przez domniemanie oparte na tym prostym przykładzie możemy przypuszczać, że spore.

Takie gospodarowanie jaki gospodarz – chciałoby się powiedzieć i tak jest w istocie. Od kilku dni możemy podziwiać odnowioną i oświetloną fontannę. Zadanie to wykonali pracownicy miejskiej spółki. Zatem mamy ludzi zdolnych do przeprowadzenia takich działań, co z pewnością mniej nas kosztowało niż zatrudnienie podmiotu zewnętrznego. Dlatego dziwi mnie, że zabrakło wykwalifikowanych kadr do przeprowadzenia nasadzeń roślin na okolicznych klombach.

PGK, który o ile się nie mylę realizuje zadania miejskie w tej dziedzinie (być może na podstawie wygranego przetargu) nie zajął się tymi pracami, a robiła to firma zewnętrzna, która pewnie nie wykonywała swojej pracy charytatywnie, z miłości do naszego miasta. Z napływających do mnie zgłoszeń wiadomo, że miejskie spółki zamiast współpracować, dzielić się wzajemnie zasobami i swoim szeroko rozumianym potencjałem, wolą zatrudniać firmy zewnętrzne, oddając tym samym część swoich budżetów w obce ręce. Na pewno nie da się wszystkiego zrobić własnymi siłami i outsorcing będzie funkcjonował, ale chyba wyrwanie jednych kwiatków i wsadzenie drugich nie jest zadaniem wykraczającym poza potencjał PGK. Dlaczego zdecydowano, że zrobi to ktoś z zewnątrz?

Ciekawie też wygląda zarysowująca się geografia biznesowa. W naszym mieście zaczynają realizować proste zadania firmy np. ze Skierniewic, z Płońska. Dlaczego akurat z tych miast? Przyszłość da nam odpowiedź, a dociekliwi już pewnie wiedzą.
Message image
7 Maj 2018 19:00
Ekonomia po naszemu

Czas odpoczynku i celebracji rozmaitych uroczystości mamy już za sobą, nadeszła więc pora na przegląd spraw ważnych i ważniejszych. Tuż przed długim weekendem w jednej z gazet wzrok mój przykuło ogłoszenie zamieszczone przez Urząd Miasta, a dotyczące przetargu na wydzierżawienie lokalu gastronomicznego, który stanowił będzie część infrastruktury zmodernizowanego zalewu.

Wydawałoby się, że nic ciekawego w takim ogłoszeniu przetargowym znaleźć się nie może. A jednak jest wręcz przeciwnie. Zdaję sobie sprawę, że mieszkańcy miasta czytający lokalną prasę, zwykle strony z ogłoszeniami pomijają, z wyjątkiem sytuacji kiedy sami szukają jakiejś usługi czy produktu. Dlatego postanowiłem zwrócić uwagę naszej społeczności jak wygląda gospodarowanie majątkiem miasta w praktyce.

W ogłoszeniu przetargowym można przeczytać, że przedmiotem ustnego (!) przetargu jest dzierżawa nieruchomości - lokalu gastronomicznego o powierzchni 86,91 m2 wraz z tarasem o powierzchni 288,5 m2. Teraz najważniejsze: cena wywoławcza rocznej wartości czynszu dzierżawnego to 1162,95 zł. Czas trwania dzierżawy to 20 lat. Przyznam, że przeczytałem powyższe warunki dwukrotnie, bo za pierwszym razem nie mogłem uwierzyć w to, co widzą moje oczy.

Pierwsza myśl gdy okazało się, że jednak nie ulegam przywidzeniom i warunki rzeczywiście są takie jak je przedstawiłem była taka, że ktoś (nie wiadomo kto, ale pewnie niebawem się dowiemy) ma wygrać ten przetarg po maksymalnie niskich pieniądzach. Gdyby nieszczęśliwym dla miasta zbiegiem okoliczności okazało się, że zgłosi się tylko jeden oferent (a piszę te słowa w przeddzień terminu przetargu), to widząc, że nie ma żadnych innych kontroferentów (bo przetarg jest ustny) może w zasadzie zaakceptować i potwierdzić wartość wywoławczą i miasto przez 20 lat dzierżawy „zarobi” na tej nowej inwestycji całe 23 259 zł netto.

Jednocześnie kolejne (mam nadzieję, że bardziej gospodarne) ekipy rządzące miastem pozostaną z tym problemem i będą mogły tylko obserwować, jak ktoś zarabia na mieszkańcach, w zasadzie za pieniądze tychże mieszkańców. Jest to bowiem nic innego jak wspaniały prezent dla przyszłego dzierżawcy, ponieważ cena jaką musiałby płacić za 1 m2 powierzchni to w przybliżeniu 3,10 zł na rok! Czyli na miesiąc to astronomiczna kwota 0,26 zł za 1 m2! Swoją drogą od razu nasuwa się pytanie ile płacą placowego handlujący na naszym ryneczku? Obawiam się, że obowiązują tam wyższe stawki niż te, które przewiduje się nad zalewem.

Smaczku dodaje jeden z warunków przystąpienia do przetargu, a mianowicie posiadanie przez oferenta zdolności finansowej nie mniejszej niż 200 000 zł. Taki warunek wyklucza maluczkiego Kowalskiego, który przypadkiem przeczytałby ze zrozumieniem ogłoszenie o przetargu i dostrzegł jego niesłychaną atrakcyjność finansową. Mógłby się zjawić na takim przetargu i ujawnić duszę gastronoma, bo w końcu „Kuchennych rewolucji” obejrzał już nie jeden odcinek. Czuje się więc na siłach. Dla takich jest właśnie hamulec w postaci tych 200 tys. zł.

Wiem, że miejscy urzędnicy mają już przygotowane wyjaśnienie dla tak niskiej ceny wywoławczej np. że to działalność sezonowa, bo tylko w lato. Przy takiej cenie warto ten lokal nawet okazyjnie uruchamiać także w zimie. Kiedy już zostanie wydzierżawiony to zobaczycie Państwo, że imprezy okolicznościowe będą się tam odbywały w weekendy w ciągu całego roku. Chyba, że dzierżawca zapewni „standard” poniżej wszelkich standardów, to ewentualnie tylko w takiej sytuacji może mieć problem z wynajmem sali.

Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego zdecydowano się na ustną formę przetargu? Gdyby zebrano pisemne oferty w zamkniętych kopertach, to biorąc pod uwagę funkcjonujące na rynku stawki czynszów dzierżawnych za lokale użytkowe oraz popularność (przy jednoczesnym niedoborze) wszelkich sal, w których mogą odbywać się chrzciny, komunie itp., z pewnością zaoferowano by dużo większe pieniądze. Zwłaszcza, że trudno byłoby z góry przewidzieć ilu i jakiego kalibru będzie potencjalnych konkurentów. Oczywiście, żeby taki scenariusz zadziałał konieczne jest także określenie odpowiedniej wysokości wadium, aby potencjalnemu wygranemu, nawet jeśli stwierdzi, że przepłacił nie opłacało się z już wygranego przetargu wycofywać.

Tutaj kwotę wadium określono na… 200 zł. Przypominam, że oczekuje się 200 tys. zdolności finansowej, a jednocześnie stawkę wadium określa się w wysokości 0,1% tej kwoty. Takich logicznych sprzeczności nie da się wytłumaczyć inaczej niż tym, że „ktoś” ma na tej dzierżawie zrobić dobry interes i to przy milczącej aprobacie osób odpowiedzialnych za zarządzanie naszymi finansami. Przypomnę tylko, że część pieniędzy na modernizację zalewu miała i pewnie pochodzi ze sprzedaży Rewala. Bezpowrotnie pozbyliśmy się atrakcyjnej nieruchomości tylko po to, aby przez następne 20 lat przyglądać się jak ktoś dobrze zarabia, śmiejąc się w głos z quasi ekonomicznego myślenia ekipy prezydenta Jasińskiego.

Ekonomia po naszemu – chciałoby się powiedzieć. Dziwi tym bardziej, że wśród zastępców prezydenta jest - o ile się nie mylę - doktor ekonomii. Uważni obserwatorzy zapewne dostrzegą pewien trend w miejskich postępowaniach przetargowych i konkursach ofert. Jeśli popatrzy się na przetargi dotyczące Telewizji Żyrardowskiej czy dzierżawy pomieszczeń restauracyjnych w Resursie, gdzie niedawno uruchomiono nową restaurację, to główny mechanizm jest ten sam: wygrywają ci, którzy od początku mieli wygrać.

Z jednej strony miasto się zadłuża emitując obligacje, a z drugiej robi prezenty w postaci dzierżaw czy kolejnych umów pozwalających zarobić firmom, których jedyny zasób (niematerialny) stanowią bliskie stosunki z osobami z Urzędu Miasta.

Ja sobie teraz tylko o tym piszę, państwo sobie czytają, ale mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś taki czas, że odpowiednie organy kontrolne rozliczą ten fenomenalny popis głupoty i ktoś za to poniesie odpowiedzialność. Zachęcam lokalną społeczność do pofatygowania się w dniu 8. maja do Urzędu Miasta, do pokoju 36 na godzinę 12.00 i naoczne przekonanie się czym ta farsa gospodarności się zakończy.
Message image
23 Kwiecień 2018 19:00
O północy w Żyrardowie

Pod koniec ubiegłego tygodnia odbyła się w naszym mieście wyjątkowa sesja Rady Miasta. Po raz pierwszy nasi radni byli zajęci sprawami miasta tak bardzo, że aż doczekali – wciąż obradując i spierając się – kolejnego dnia. Każdy zainteresowany czym konkretnie się wtedy zajmowano, znajdzie w sieci zarejestrowaną transmisję z tego wydarzenia. Ja chciałbym zwrócić Państwa uwagę na kwestię postrzegania swoich obowiązków – w tym tych kontrolnych – przez prezydenta miasta, które to jest jak można przypuszczać diametralnie odmienne od przyjętego za normę. Normą bowiem jest to, że gospodarz miasta wszelkie sygnały o mogących mieć miejsce nieprawidłowościach traktuje śmiertelnie poważnie i stara się je dogłębnie i bezstronnie wyjaśnić.

W naszym mieście jest inaczej. Prezydent z góry wie, że tam gdzie inni widzą delikatnie mówiąc „grząski grunt”, nasz włodarz jest przekonany, że wszystko jest w porządku, a tylko jego wrogowie polityczni szukają dziury w całym. Dziwnie to wszystko wygląda zwłaszcza w kontekście sygnałów płynących także z jego jeszcze do niedawna najbliższego otoczenia. Skoro ludzie będący blisko źródła wiedzy twierdzą, że pewne sprawy są postawione na głowie, to chyba coś w tym musi być. Mam tutaj na myśli chociażby wywiad zamieszczony w jednej z lokalnych gazet z przewodniczącym Rady Miasta. Na wspomnianej sesji radny Józef Kapusta poruszył kwestie związane z finansowaniem Telewizji Żyrardowskiej stwierdzając, że jego także zadziwia nonszalanckie podejście prezydenta do zaistniałego problemu. Wspomniany radny w wolnych wnioskach wyraził swoje zaniepokojenie o nasze wspólne finanse, do czego miał prawo z racji wykonywanego mandatu nadanego mu przez społeczeństwo miasta. Stwierdził, że wskazywane nieprawidłowości powinny być objęte śledztwem, którego przebiegiem prezydent powinien być żywnie zainteresowany.

O tym, że prezydent czuje się jak monarcha, a nie zwykły obywatel miasta, jedynie pełniący z nadania zaszczytny urząd, pisałem już kilkukrotnie. Teraz po raz kolejny dał tego pokaz odnosząc się do wystąpienia radnego Kapusty, chwilami okazując swoją frustrację wprost z miejsca, nie czekając na udzielenie głosu. Tak więc nasz władca na dywagacje radnego odpowiedział natychmiast, ale zdziwiłby się każdy, kto oczekiwałby zrozumienia i podjęcia rzuconej w przestrzeń inicjatywy. Prezydent krótko mówiąc skarcił niesfornego radnego, stwierdzając, że „tu nie jest Sejm” czyli nie należy się spodziewać żadnych komisji śledczych. Dodał jeszcze z naciskiem aby radny „ważył słowa i nie plótł co mu ślina na język przyniesie”.

Z najróżniejszych doniesień wiadomo, że prezydent lubi głównie pochwały i chórek głosów powtarzających zgodnie to, co on powie. Jednakże Rada Miasta to nie osobisty dwór prezydenta,
a radny Józef Kapusta to nie dworzanin ze świty miłościwie nam panującego. Pana radnego wybrał na pełniony urząd nie Wojciech Jasiński, ale grono mieszkańców, którzy mu zaufali i zdecydowali (oddając swój głos), że będzie godnie reprezentował ich poglądy na forum miasta. Teraz prezydent uzurpuje sobie prawo do osądu co w wypowiedziach poszczególnych radnych jest słuszne i mądre, a co głupie i nadające się wyłącznie do natychmiastowej krytyki. Ja ze swej strony podpisuję się pod wystąpieniem radnego, bo oprócz chęci poznania prawdy i troski o wspólne dobro nie było w nim nic, co mogłoby wywołać gniew i ostre słowa prezydenta.

Chyba że… Kiedy już zgasły kamery, ucichły spory, a noc otuliła swym czarem uczestników debaty, na scenie pojawiła się kobieta. Kobieta z naręczem żółtych kwiatów poprosiła szykujących się do rozejścia radnych, o odśpiewanie prezydentowi „100 lat” i sama zaintonowała tą jakże bliską naszym sercom, okolicznościową pieśń. Niczym Marilyn Monroe w pamiętnym wystąpieniu w Medison Square Garden w 1962 r. dla prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, podobnie i teraz stojąc samotnie naprzeciw tego lokalnego męża stanu, głosem drżącym z emocji i napięcia, wyśpiewywała kolejne frazy życzeń długowieczności dla stojącego przed nią mężczyzny.

Po północy w Żyrardowie, kiedy większość mieszkańców miasta już śpi, ktoś inny nie śpi – czuwa, aby godnie uczcić urodziny ojca miasta. Ktoś spyta: cóż w tym złego i dziwnego, że uczczono urodziny prezydenta? Oczywiście prezydent jak każdy człowiek ma swoje święto i ma prawo je obchodzić jak chce. Tutaj jednak pikanterii całej sprawie nadaje osoba natchnionej „śpiewaczki”. Wszak to nikt inny jak właścicielka firmy zajmującej się produkcją dla Telewizji Żyrardowskiej. Obiekt podejrzeń, kontroli i wszelkich niedopowiedzeń ciążących na relacjach biznesowych i przepływach finansowych pomiędzy Centrum Kultury, Telewizją Żyrardowską i tą właśnie firmą. Trudno zatem oczekiwać jakiegoś nadzwyczajnego zaangażowania ze strony prezydenta w wyjaśnianie afer, skoro tak emocjonalne relacje istnieją pomiędzy reprezentantem miasta, a podmiotem zewnętrznym świadczącym dla tego miasta swoje usługi.

Notabene Centrum Kultury opublikowało właśnie zaproszenie do składania ofert na „Przygotowanie i produkcję programów Telewizji Żyrardowskiej”. Wymagania jakie umieszczono
w zaproszeniu są godne produkcji realizowanych przez Telewizję Polską, emitowanych w programie 1. W tym miejscu nadmienić trzeba, że obserwujących naszą miejską telewizję w internecie jest obecnie 3591 osób. Tak więc tylko co 10 mieszkaniec raczył zauważyć jej istnienie. Czy ma zatem sens stawianie wygórowanych warunków przed potencjalnym wykonawcą usługi? Musi to wpłynąć na jej koszt, bo ograniczy konkurencję. Przy tym czytając kolejne warunki specyfikacji trudno nie odnieść wrażenia, że wypisz wymaluj pasują do profilu i doświadczenia zawodowego obecnego wykonawcy (tj. wykonawczyni).

Firma reprezentowana przez naśladowczynię Marilyn Monroe, w trakcie dotychczasowej współpracy zainkasowała już pewnie kilkaset tysięcy złotych przychodu. Ile z tego zostało w postaci czystego dochodu dla wielbicielki żółtych kwiatów, wie tylko ona. Ja natomiast myślę, że gdyby te pieniądze zainwestowano w młodzież o zainteresowaniach kinematograficznych organizując przy Centrum Kultury pracownię tematyczną, to dzisiaj grupa młodych ludzi, którzy chcą czegoś więcej niż tylko butelki piwa pitej w bramie, miałaby miejsce realizacji swoich zainteresowań
i pasji. Jak swego czasu Joanna Trzepiecińska czy Jarosław Gajewski, tak kiedyś i oni mogliby przynieś chwałę miastu, z którego się wywiedli. Teraz mamy telewizję, a z nią konkretne wydatki versus niską oglądalność.

Do tego tajemnicze zasady finansowania i tylko Bóg jeden wie, ile tak naprawdę pieniędzy tam przepływa. Jedynym chyba „plusem” jest to, że dzięki temu przynajmniej jedną młodą kobietę w naszym mieście stać na duży bukiet żółtych kwiatów. Swoiste memento powinien stanowić los pierwowzoru.

Marilyn Monroe wg spiskowej teorii dziejów, swoją atencję dla prezydenta USA przypłaciła nagłą i przedwczesną śmiercią. Z tego wynika, że nie warto śpiewać prezydentom – różnie się to potem kończy. Kwestię symboliki żółtych kwiatów pozostawiam do zgłębienia florystom.