Co mi panie dasz?

Dzisiejszy tekst piszę w dniu, w którym przed laty Polacy poszli do urn, do których mogli wrzucać swoje głosy nie tylko na „przewodnią siłę narodu” czyli PZPR, czy jej przybudówki ZSL i SD, ale także na ugrupowania wywodzące się z sił postępowych związanych ze środowiskami opozycyjnymi. To właśnie 4 czerwca 1989 roku „skończył się w Polsce komunizm” – jak to na antenie DziennikaTelewizyjnego ogłosiła Joanna Szczepkowska.

Mam swoje lata i doskonale pamiętam czasy PRL-u: przerażająco puste półki w sklepach, kolejki po wszystko, siermięgę naszych ulic i to pod każdym względem. Technologicznie zapóźnieni, z problemami dnia codziennego, które w Europie – tej cywilizowanej – zostały zażegnane chyba jeszcze w latach 50. O czym wtedy jako młody chłopak marzyłem? Pewnie o tym, o czym zwykle młodzi ludzie marzą: aby żyć dostatnio (chociaż pewnie wtedy ten dostatek wyobrażałem sobie zupełnie inaczej niż dzisiaj to wygląda), aby było na ulicach normalnie, by ludzie otwarcie mogli mówić co myślą, by rozwijali się w oparciu o swoje zdolności, talenty i pracowitość, a nie w ramach „zasług” za głoszone poglądy polityczne. Chciałem świata radosnego, kolorowego, wolnego. Oczywiście nie potępiam z tamtych lat wszystkiego w czambuł. Były także wtedy radosne momenty życia i do dzisiaj zachowałem wiele ciepłych, bezcennych wspomnień z tamtych lat.

Teraz żyjemy w czasach kiedy wszystko jest możliwe. Ulice są piękne, kolorowe, w większości przypadków nie odbiegające od europejskich standardów. Ludzie też tacy jakby bardziej europejscy. Dawniej patrząc na dwie fotografie przedstawiające ludzi od razu można było poznać, która została zrobiona w naszym kraju, a która gdzieś w świecie. Dzisiaj nie byłoby to już takie proste i oczywiste. Można by zatem rzec, że te moje młodzieńcze marzenia się spełniły. Jest lepiej, dostatniej i bez kompleksów ubogiego krewnego. Powiem więcej: patrząc chociażby na nasze miasto, to widzę, że jest bardzo dobrze. Inwestycja goni inwestycję. Budujemy, remontujemy
i poprawiamy wszystko, co tylko tego wymaga, albo przynajmniej będzie sprawiało takie wrażenie.

Jeżeli mieszkańcy dostają festyn, to nie jakiś tam prowincjonalny odpust, tylko od razu kilkudniowe święto z licznymi fajerwerkami, byle tylko wszyscy byli zadowoleni. Ktoś mający tendencje do uproszczeń i stosowania skrótów myślowych, nie zada sobie trudu, aby przemyśleć skąd my na to wszystko bierzemy pieniądze? W tym wspominanym wyżej siermiężnym PRL-u też mieliśmy taki okres prosperity. Po Gomułce jego następca – towarzysz Edward Gierek – postanowił dać skosztować Polakom światowego życia. Sklepy zapełniły się nowymi towarami, pojawiły się Pewexy, przysłowiowi Kowalscy pokupowali sobie Fiaty 126p, a na urlopy przynajmniej niektórzy zaczęli wyjeżdżać do Bułgarii. Bardzo szybko jednak się okazało, że wszystkie te dobra nie są nam oferowane w wyniku wypracowania ich wspólnymi siłami w ramach gospodarki narodowej, a jedynie są efektem zaciągniętych na świecie pożyczek.

Oczywiście przedstawiam sytuację w dosyć dużym uproszczeniu, bo to nie miejsce i czas na pogłębioną analizę dekady lat 70. i przyczyn późniejszego kryzysu gospodarczego. Faktem jednak jest, że każdy kredyt czy pożyczkę trzeba będzie kiedyś spłacić. Za błędne decyzje Gierka zapłaciliśmy zapaścią ekonomiczną w latach 80. i bardzo trudną i szokującą dla niektórych pierwszą połową lat 90., kiedy to gospodarka rynkowa zweryfikowała potencjał zarówno przedsiębiorstw, zakładów pracy, ale i ludzi z ich postsocjalistyczną mentalnością, przyzwyczajeniami
i umiejętnościami.

Odnoszę wrażenie, że przeważająca część naszego społeczeństwa zapomniała zarówno o tych przykrych doświadczeniach, jak i o tej prostej zasadzie, że jak się napożycza, to trzeba będzie oddać i to z odpowiednią nawiązką. Dlatego ciesząc się, że żyję w czasach takiego dobrobytu, iż mogę celebrować święto naszego miasta przez kilka dni z rzędu, korzystając przy tym z wielu kosztownych atrakcji, nie potrafię jednocześnie się pozbyć natrętnej i niepokojącej myśli, że przyjdzie nam jeszcze za to zapłacić. W kontekście tego chciałbym aby obecny prezydent Jasiński został na swoim urzędzie jeszcze przez kolejną, albo nawet i przez kolejne dwie kadencje, aby tak dobrze teraz gospodarząc, mógł nas w przyszłości w miarę bezboleśnie przeprowadzić przez wszystkie spłaty kredytów, wykupy obligacji i tym podobne nieuniknione ekonomiczne skutki obecnego rozpasania. Przy okazji radzę wszystkim, aby korzystać póki jest ku temu okazja.

Co mi panie dasz? – jak śpiewa gwiazda naszego święta, zespół Bajm – niech każdy postawi sobie takie pytanie, a później czym prędzej zgłasza wymyślony postulat do Urzędu Miasta. Jeżeli coś w innym momencie naszych dziejów byłoby nierealnym, teraz takim być nie musi. Jeżeli dla przykładu komuś źle się jeździ lub chodzi po chodniku czy ścieżce zrobionej z frezowanej kostki, niech to zgłosi. Skoro położoną dosłownie kilka lat temu kostkę (frezowaną) na ul. POW wymienia się na nową kostkę (niefrezowaną), to można to zapewne zrobić w każdym innym miejscu. Pewnie kostkę tak jak twierdzą urzędnicy można wykorzystać gdzieś indziej (ciekawe czy faktycznie tak się stanie i czy ktokolwiek będzie w stanie to sprawdzić), to sama wymiana nie dokonuje się bezkosztowo. Trudno uwierzyć, ze jest to element gospodarskiego podejścia. Raczej kolejna odsłona propagandy i kreowania pozytywnego wizerunku.

Kolejna, bo innych nadal nie brakuje. Choćby na Święcie Lnu, podczas którego obchodzono także Dzień Dziecka. Niestety, w obliczu tak miłego dnia jakim jest międzynarodowy dzień naszych pociech, znalazło się kilka kwestii, które miejsca mieć nie powinny. Po pierwsze, skoro głównym organizatorem był Urząd Miasta Żyrardowa, to uwagę zwracał fakt, że prezydent głównie związany był ze stoiskiem ugrupowania „Przymierze dla Żyrardowa”. Nasuwa się pytanie, czy inne stowarzyszenia były zaproszone w celach wystawienniczych, by przybliżyć swoje wizje rozwoju miasta mieszkańcom? W tym przypadku załatwiono to sprytnie, ukrywając polityczną agitację pod płaszczykiem loterii z nagrodami, których fundatorem było właśnie wspomniane „Przymierze”. Bez wątpienia brawa za pomysł uczczenia święta naszych pociech się należą, bo dzieci zadowolone były, ale dorośli mieszkańcy pamiętać muszą, że prezydent niestety uczynił z tego dnia akcję polityczną,
w której prawo uczestnictwa miała „jedyna słuszna opcja” w mieście.

A co mi – panie prezydencie – dasz? Na wspólny wyścig rowerowy zdaje się nie mam co liczyć. Moje wyzwanie sprzed tygodnia pozostało w próżni. Zdaje się, że przyjęto strategię ignorowania, ale może się mylę. Może to tylko kiepska forma fizyczna każe wystrzegać się tego typu rywalizacji. To w takim razie mam inną propozycję, ściśle związaną z miejscem, które nasz włodarz darzy szczególną estymą. Park Seniora to inwestycja wymieniana przy każdej możliwej okazji. Mamy tam stoły do szachów lub warcabów.

W szachy grać nie każdy umie, ale w warcaby już chyba grają wszyscy. Zatem skoro nie możemy zmierzyć się w rywalizacji fizycznej, to chociaż mała gimnastyka szarych komórek w naszym wspólnym wykonaniu ku uciesze wypoczywających tam seniorów? Już w przyszłym tygodniu poinformuję czytelników, czy chociaż to ziarno padło na podatny grunt.