Co nam dają, jak słuchają?

W miniony weekend odbyły się wybory u naszych sąsiadów zza Odry. Jako że polityka niemiecka to absolutne szczyty na politycznej scenie Europy, a co za tym idzie także na arenie światowej, to wszystkie poważne media przez ostatni tydzień prześcigały się we wszelkich możliwych analizach, komentarzach i potencjalnych scenariuszach. Mamy to już za sobą, wiemy kto wygrał i jaki będzie układ w niemieckiej polityce na najbliższe lata. Nie chciałbym teraz prowadzić dywagacji na temat wpływu dokonanych w Niemczech wyborów na nasz kraj, jak i cały układ sił w Europie i na świecie. Dlaczego? Z tej prostej przyczyny, że przeciętny mieszkaniec naszego kraju wprawdzie jest osłuchany z nazwami głównych niemieckich partii politycznych (CDU, CSU, Zieloni, SPD, AfD itp.), ale już co poszczególne skróty oznaczają, albo co więcej – jakie programy za nimi stoją – tego oprócz politologów lub wnikliwych analityków niemieckiej sceny politycznej nikt już nie wie.

Dlatego chciałem zwrócić przy okazji tych wyborów uwagę, na element wspólny dla wszystkich szerokości geograficznych jeśli chodzi o szeroko rozumiany festiwal wyborczy. Otóż mogliśmy w ostatnim czasie w przekazach medialnych podziwiać Angelę Merkel (oczywiście nie tylko ją, ale uznajmy panią Merkel za reprezentatywny przykład) w sytuacjach dla niej nietypowych, często nawet zaskakujących w odniesieniu do jej wizerunku, jaki znamy na co dzień. Obecna pani kanclerz uczestniczyła bowiem w festynach, odwiedzała „zwykłych ludzi”, była tam gdzie przeciętny mieszkaniec Niemiec bywa zarówno w dzień powszedni, jak i od święta, ale polityk już niekoniecznie. Uważnie słuchała, częstowała kawą i rozdzielała uśmiechy. Obrazek doskonale znany nam wszystkim mógłby posłużyć za plakat promujący wybory jako takie, jako wydarzenie społeczne, obyczajowe i towarzyskie.

Zatroskani politycy uważnie słuchający swoich wyborców są niczym spadające gwiazdy. Świecą intensywnie, ale bardzo krótko. Błysk ich zainteresowania losami tych, których reprezentują liczony jest w dniach lub co najwyżej w tygodniach, podczas gdy resztę kadencji cechuje zwykle grubiański obraz pleców i ich dolnego zwieńczenia wypiętego na tych, którzy jeszcze chwilę wcześniej stanowili dla nich jedyny sens istnienia i działania. Znamy to z własnego podwórka aż zanadto dobrze.

Wspominam o tym zjawisku z uwagi na zbliżające się w przyszłym roku wybory samorządowe. Zmieńmy swoje przyzwyczajenia wyborcze i postarajmy się przed oddaniem swojego głosu lepiej poznać osoby kandydatów. Zadajmy sobie trud i przeanalizujmy ich dotychczasowe działania, dokonania i bądźmy pewni co do intencji jakie im przyświecają. W ubiegłym tygodniu w naszej lokalnej prasie można było poczytać listy otwarte czy oświadczenia różnych środowisk czy grup mieszkańców miasta, rozczarowanych ignorancją niektórych radnych na ich głos sprzeciwu wobec zmiany nazw ulic przeprowadzanej pod szyldem ustawy dekomunizacyjnej. O tym, że w swojej nadgorliwości w tej kwestii, idziemy kilka kroków za daleko (zupełnie niepotrzebnie) pisałem jeszcze przed wakacjami. Wprawdzie z pierwotnych planów nieco się wycofano, ale i tak zrobiono więcej niż ustawa nakazuje. Dodam, że zrobiono tak mimo wyraźnego sprzeciwu zainteresowanych czyli mieszkańców danych ulic.

Czy takie same decyzje podjęliby radni gdyby wydarzenia te miały miejsce rok później czyli we wrześniu 2018 roku? Myślę, że nikt nie śmiałby się przeciwstawić woli mieszkańców, która w tym czasie będzie stanowiła swoisty katechizm działań polityków wszelkich ugrupowań. W tej konkretnej sprawie szczególnie przykre było to, że na szali przeciwko argumentom mieszkańców był kładziony tylko i wyłącznie upór i ambicje oponentów. Głos rozsądku i racjonalna argumentacja nie dotarły do uszu podejmujących decyzje.

Tak więc bądźmy mądrzy w przyszłości. Zachowajmy w życzliwej pamięci taki stosunek do woli i zdania mieszkańców miasta i kiedy już będziemy mamieni obietnicami realizacji naszych najskrytszych marzeń w nowej kadencji, zwróćmy uwagę na to kto i co nam obiecuje. Dlaczego nie lubimy wyborów? Powód tkwi w naszym wewnętrznym przekonaniu, że jako wyborcy jesteśmy w centrum zainteresowania tylko przez chwilę, stanowiąc jedynie drogę do celu, jakim zwykle jest partykularny interes ubiegającego się o mandat.

Dokładnie w tym samym czasie co wybory w Niemczech, odbywał się wybór człowieka – symbolu RAF-u i Bitwy o Anglię. Wygrał nasz rodak Franciszek Kornicki. Mający 101 lat zwycięzca uzyskał wynik ponad 50 razy lepszy od drugiego po nim Brytyjczyka, sir Douglasa Badera. Zapewne tak wysokie zwycięstwo to wynik mobilizacji Polaków żyjących na Wyspach Brytyjskich. Tej mobilizacji nie byłoby jednak gdyby nie postać, osobowość i życiorys zwycięzcy. Trudno przypuszczać, aby ten wiekowy staruszek zabiegał o zaszczyt jaki przypadł mu w udziale. Jednakże bez pozytywnego świadectwa jakim było jego własne życie, trudno oczekiwać aby został wytypowany do tak prestiżowego konkursu.

Zatem może zapamiętajmy ten mechanizm i weźmy przykład za rok. Bierzmy za miarę wielkości człowieka (w tym wypadku potencjalnego kandydata do urzędu – jakikolwiek by to urząd nie był) nie „chęć szczerą”, a dotychczasowe dokonania. Mierzmy skalą osiągnięć, dobrych przykładów, pozytywnych praktyk, a nie ilością składanych obietnic. Angela Merkel została wybrana na 4 kadencję. Osiągnęła ten sam rekordowy wynik, jaki dotychczas był jedynie udziałem niedawno zmarłego Helmuta Kohla.

Czy uzyskała to pracą, osiągnięciami, prezentowanymi wartościami? Czy też na zwycięstwie zaważyły działania PR-owskie i przedwyborcza propaganda? O tym najlepiej wiedzą Niemcy, co sobie cenią w osobie pani kanclerz. Naszym zadaniem jest rzetelna ocena kandydatów na własnym podwórku: co nam dają, jak słuchają i czy czynią nasze życie lepszym.