Ekonomia po naszemu

Czas odpoczynku i celebracji rozmaitych uroczystości mamy już za sobą, nadeszła więc pora na przegląd spraw ważnych i ważniejszych. Tuż przed długim weekendem w jednej z gazet wzrok mój przykuło ogłoszenie zamieszczone przez Urząd Miasta, a dotyczące przetargu na wydzierżawienie lokalu gastronomicznego, który stanowił będzie część infrastruktury zmodernizowanego zalewu.

Wydawałoby się, że nic ciekawego w takim ogłoszeniu przetargowym znaleźć się nie może. A jednak jest wręcz przeciwnie. Zdaję sobie sprawę, że mieszkańcy miasta czytający lokalną prasę, zwykle strony z ogłoszeniami pomijają, z wyjątkiem sytuacji kiedy sami szukają jakiejś usługi czy produktu. Dlatego postanowiłem zwrócić uwagę naszej społeczności jak wygląda gospodarowanie majątkiem miasta w praktyce.

W ogłoszeniu przetargowym można przeczytać, że przedmiotem ustnego (!) przetargu jest dzierżawa nieruchomości – lokalu gastronomicznego o powierzchni 86,91 m2 wraz z tarasem o powierzchni 288,5 m2. Teraz najważniejsze: cena wywoławcza rocznej wartości czynszu dzierżawnego to 1162,95 zł. Czas trwania dzierżawy to 20 lat. Przyznam, że przeczytałem powyższe warunki dwukrotnie, bo za pierwszym razem nie mogłem uwierzyć w to, co widzą moje oczy.

Pierwsza myśl gdy okazało się, że jednak nie ulegam przywidzeniom i warunki rzeczywiście są takie jak je przedstawiłem była taka, że ktoś (nie wiadomo kto, ale pewnie niebawem się dowiemy) ma wygrać ten przetarg po maksymalnie niskich pieniądzach. Gdyby nieszczęśliwym dla miasta zbiegiem okoliczności okazało się, że zgłosi się tylko jeden oferent (a piszę te słowa w przeddzień terminu przetargu), to widząc, że nie ma żadnych innych kontroferentów (bo przetarg jest ustny) może w zasadzie zaakceptować i potwierdzić wartość wywoławczą i miasto przez 20 lat dzierżawy „zarobi” na tej nowej inwestycji całe 23 259 zł netto.

Jednocześnie kolejne (mam nadzieję, że bardziej gospodarne) ekipy rządzące miastem pozostaną z tym problemem i będą mogły tylko obserwować, jak ktoś zarabia na mieszkańcach, w zasadzie za pieniądze tychże mieszkańców. Jest to bowiem nic innego jak wspaniały prezent dla przyszłego dzierżawcy, ponieważ cena jaką musiałby płacić za 1 m2 powierzchni to w przybliżeniu 3,10 zł na rok! Czyli na miesiąc to astronomiczna kwota 0,26 zł za 1 m2! Swoją drogą od razu nasuwa się pytanie ile płacą placowego handlujący na naszym ryneczku? Obawiam się, że obowiązują tam wyższe stawki niż te, które przewiduje się nad zalewem.

Smaczku dodaje jeden z warunków przystąpienia do przetargu, a mianowicie posiadanie przez oferenta zdolności finansowej nie mniejszej niż 200 000 zł. Taki warunek wyklucza maluczkiego Kowalskiego, który przypadkiem przeczytałby ze zrozumieniem ogłoszenie o przetargu i dostrzegł jego niesłychaną atrakcyjność finansową. Mógłby się zjawić na takim przetargu i ujawnić duszę gastronoma, bo w końcu „Kuchennych rewolucji” obejrzał już nie jeden odcinek. Czuje się więc na siłach. Dla takich jest właśnie hamulec w postaci tych 200 tys. zł.

Wiem, że miejscy urzędnicy mają już przygotowane wyjaśnienie dla tak niskiej ceny wywoławczej np. że to działalność sezonowa, bo tylko w lato. Przy takiej cenie warto ten lokal nawet okazyjnie uruchamiać także w zimie. Kiedy już zostanie wydzierżawiony to zobaczycie Państwo, że imprezy okolicznościowe będą się tam odbywały w weekendy w ciągu całego roku. Chyba, że dzierżawca zapewni „standard” poniżej wszelkich standardów, to ewentualnie tylko w takiej sytuacji może mieć problem z wynajmem sali.

Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego zdecydowano się na ustną formę przetargu? Gdyby zebrano pisemne oferty w zamkniętych kopertach, to biorąc pod uwagę funkcjonujące na rynku stawki czynszów dzierżawnych za lokale użytkowe oraz popularność (przy jednoczesnym niedoborze) wszelkich sal, w których mogą odbywać się chrzciny, komunie itp., z pewnością zaoferowano by dużo większe pieniądze. Zwłaszcza, że trudno byłoby z góry przewidzieć ilu i jakiego kalibru będzie potencjalnych konkurentów. Oczywiście, żeby taki scenariusz zadziałał konieczne jest także określenie odpowiedniej wysokości wadium, aby potencjalnemu wygranemu, nawet jeśli stwierdzi, że przepłacił nie opłacało się z już wygranego przetargu wycofywać.

Tutaj kwotę wadium określono na… 200 zł. Przypominam, że oczekuje się 200 tys. zdolności finansowej, a jednocześnie stawkę wadium określa się w wysokości 0,1% tej kwoty. Takich logicznych sprzeczności nie da się wytłumaczyć inaczej niż tym, że „ktoś” ma na tej dzierżawie zrobić dobry interes i to przy milczącej aprobacie osób odpowiedzialnych za zarządzanie naszymi finansami. Przypomnę tylko, że część pieniędzy na modernizację zalewu miała i pewnie pochodzi ze sprzedaży Rewala. Bezpowrotnie pozbyliśmy się atrakcyjnej nieruchomości tylko po to, aby przez następne 20 lat przyglądać się jak ktoś dobrze zarabia, śmiejąc się w głos z quasi ekonomicznego myślenia ekipy prezydenta Jasińskiego.

Ekonomia po naszemu – chciałoby się powiedzieć. Dziwi tym bardziej, że wśród zastępców prezydenta jest – o ile się nie mylę – doktor ekonomii. Uważni obserwatorzy zapewne dostrzegą pewien trend w miejskich postępowaniach przetargowych i konkursach ofert. Jeśli popatrzy się na przetargi dotyczące Telewizji Żyrardowskiej czy dzierżawy pomieszczeń restauracyjnych w Resursie, gdzie niedawno uruchomiono nową restaurację, to główny mechanizm jest ten sam: wygrywają ci, którzy od początku mieli wygrać.

Z jednej strony miasto się zadłuża emitując obligacje, a z drugiej robi prezenty w postaci dzierżaw czy kolejnych umów pozwalających zarobić firmom, których jedyny zasób (niematerialny) stanowią bliskie stosunki z osobami z Urzędu Miasta.

Ja sobie teraz tylko o tym piszę, państwo sobie czytają, ale mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś taki czas, że odpowiednie organy kontrolne rozliczą ten fenomenalny popis głupoty i ktoś za to poniesie odpowiedzialność. Zachęcam lokalną społeczność do pofatygowania się w dniu 8. maja do Urzędu Miasta, do pokoju 36 na godzinę 12.00 i naoczne przekonanie się czym ta farsa gospodarności się zakończy.