Ludzie honoru

Część osób, która bardziej lub mniej regularnie czytuje to, co się w mojej głowie narodzi, korzysta nie z żyrardowskich gazet, a z Facebooka, gdzie na profilu osoby publicznej Krzysztof Rdest „Ty jesteś najważniejszy” są publikowane wszystkie teksty. Ta forma udostępniania treści wśród wielu cieszy się nawet większą popularnością niż wydanie w prasie, ponieważ można na bieżąco komentować przeczytany felieton. Tego rodzaju interaktywność na pewno nie jest na rękę wszystkim „bohaterom” moich artykułów, bo często spotykają się tam z dodatkową – pogłębioną – krytyką swoich działań. Poza tym czytający wnoszą dodatkowe fakty, które nierzadko nie są mi znane i tak z materiału źródłowego rodzi się materiał dodatkowy w postaci komentarzy, który czasami potrafi objętością dorównać pierwowzorowi. Zdecydowałem się na taką formę komunikacji z czytelnikami praktycznie od początku publikowania felietonów w prasie. Zaledwie kilka z nich ukazało jedynie w wersji papierowej. Tak było, jest i będzie.

Niestety, ponieważ ludzka bezczelność nie zna granic, w ostatnim czasie spotkałem się z roszczeniami w stosunku do dwóch swoich profili umieszczonych na Facebooku. Nie pierwszy raz w moim życiu, obdarzenie kogoś zaufaniem i dopuszczeniem do nieco bliższej znajomości niż wskazywałby na to zdrowy rozsądek i rady mądrych ludzi, zemściło się nie na kimś innym tylko na mnie samym. Uzurpujący sobie prawa do profilu Krzysztof Rdest – a nie będący Krzysztofem Rdestem [!] – uznał, że „ponosi prawną odpowiedzialność za publikowane tam treści”. Wszystkim nieobeznanym z Facebookiem śpieszę wyjaśnić, że przy każdym profilu można nadać odpowiednie uprawnienia osobom, które mogą z niego korzystać jako czynni użytkownicy. I tak można mieć np. status „właściciela”, „administratora”, „redaktora”, itp. Wiadomo, że w każdym z wymienionych przypadków dany użytkownik ma inny zakres możliwości ingerowania w dany profil. Największy ma „właściciel”.

Nie muszę nikomu wyjaśniać, że pochodzę z pokolenia, któremu komputery, internet i wszystkie nowoczesne technologie przyszło oswajać już w wieku dojrzałym. Ja i moi rówieśnicy (poza tymi wyjątkami, którzy zawodowo obracają się w sferze szeroko pojętej informatyki) nie jesteśmy w stanie dorównać młodszemu pokoleniu, które z owymi technologiami dorastało od najmłodszych lat. Zatem moje profile utworzyła osoba sporo ode mnie młodsza, posiadająca na dany moment odpowiednią wiedzę, której mi wtedy brakowało. Tak powstały profile Krzysztof Rdest (osoba publiczna – nie należy mylić z prywatnym profilem) oraz TJN. Tak powstały
i tak funkcjonowały do ostatniego tygodnia. Wraz z nastaniem maja mój „zaprzyjaźniony Uzurpator” zablokował profil Krzysztof Rdest, wcześniej w obydwu profilach przypisując sobie status „właściciela”.

Od razu pojawia się pytanie dlaczego akurat w długi majowy weekend chciało się komuś zniżać do tak podłych zachowań? Nadmienię, że stało się to tuż po umieszczeniu ostatniego felietonu pt. „Kartka z historii – Mata Hari”. Nie trzeba być Sherlockiem aby uznać, że obydwa wydarzenia musiały mieć ze sobą jakiś istotny związek. Nazwałbym to działanie „syndromem Maty Hari”, bo tak jak pierwowzór historyczny mojego felietonu miał destrukcyjny wpływ na decyzje i zachowania niektórych mężczyzn, tak i w dzisiejszych czasach sytuacja wygląda podobnie. Widocznie tekst oraz wzmianka o teraźniejszości były na tyle poruszające lub subiektywne, że czytający go znalazł jakieś odniesienia do doświadczeń z własnego życia lub bliskiego otoczenia.

Przy okazji skoro już wróciłem do mojej ostatniej bohaterki, to chciałbym uzupełnić tamten tekst, o małą dygresję, a mianowicie o wątek „ducha sprawczego” jej działań. Wspominałem, że Mata Hari żyła dla własnej sławy, kariery i pieniędzy. Zawsze jednak ktoś stał za tymi atrybutami sukcesu. Ktoś to inspirował, ktoś pomagał, ktoś finansował i wreszcie – ktoś także osiągał dzięki jaj działaniom określone korzyści. Sprawcą ostatecznego upadku i w konsekwencji egzekucji Maty Hari był francuski oficer wywiadu Georges Ladoux. Używając dzisiejszej terminologii można powiedzieć, że zwerbował ją do współpracy i był jej oficerem prowadzącym, upatrując w tym źródła swoich przyszłych sukcesów wywiadowczych. Mata Hari okazała się tak samo kiepskim szpiegiem, jaką była tancerką. Ladoux szybko wyparł się swojej agentki, stając się następnie jej głównym oskarżycielem i kluczowym świadkiem przypieczętowującym wyrok śmierci. Po latach stwierdzono, że materiał dowodowy jakim wtedy dysponowano był nie wystarczający nawet do tego, aby ją wychłostać. Zatem skazali ją z pełną świadomością swojego występku ludzie honoru za jakich z pewnością się uważali: oficer wywiadu, prokurator prowadzący sprawę, sąd, który wydał wyrok. Dzisiaj inni „ludzie honoru” inspirują, namawiają, może nawet wydają polecenia następczyniom Maty Hari. Wykorzystując różne formy zależności od służbowej, poprzez emocjonalną, po finansową, korzystają z urody, sprytu, albo wręcz przeciwnie – głupoty i krótkowzroczności swoich kobiet-szpiegów, otrzymując w zamian informacje, „haki” i działania sabotażowe skierowane w swoich oponentów, konkurentów, przeciwników politycznych (każdy znajdzie według swoich preferencji i zainteresowań).

I tak dzisiejsi „ludzie honoru”, na co dzień prawi obywatele, szanowani, widywani w miejscach kultury, niemal leżący krzyżem w kościołach, swoimi bezkompromisowymi działaniami stają się ojcami chrzestnymi rozpadu rodzin, osobistych i zawodowych dramatów oraz ogólnego obniżenia standardów obyczajowych. To z kurzu ich działań wyłaniają się ludzie uważający, że nie będąc Krzysztofem Rdestem, mogą sobie z bezczelną pewnością siebie rościć prawa, czy wręcz zawłaszczać profile internetowe należące do Krzysztofa Rdesta.
Dlaczego piszę o bezczelności? Otóż dlatego, że „zaprzyjaźniony Uzurpator” po moim wpisie na prywatnym profilu, informującym o bezprawnym przejęciu dwóch pozostałych profili, zażądał oficjalnych przeprosin, za to że upubliczniłem jego czyn [sic]. Zatem „drogi przyjacielu” przepraszam Cię za to, że zmuszony jestem wystąpić na drogę prawną, aby wykazać Ci, że postępujesz niegodziwie, niezgodnie z prawem i ogólnie przyjętymi normami. Przepraszam Cię, że będę żądał odpowiedniego zadośćuczynienia finansowego za Twoje działania, nie po to aby się wzbogacić, ale po to, aby Ciebie ukarać i zawrócić z niewłaściwej drogi.
A wszystkich czytelników zapraszam chwilowo na mój prywatny profil na Facebooku oraz przestrzegam przed zbytnim zaufaniem do osób trzecich, szczególnie w sprawach związanych
z technologiami informatycznymi i Waszą tożsamością w świecie wirtualnym.