O północy w Żyrardowie

Pod koniec ubiegłego tygodnia odbyła się w naszym mieście wyjątkowa sesja Rady Miasta. Po raz pierwszy nasi radni byli zajęci sprawami miasta tak bardzo, że aż doczekali – wciąż obradując i spierając się – kolejnego dnia. Każdy zainteresowany czym konkretnie się wtedy zajmowano, znajdzie w sieci zarejestrowaną transmisję z tego wydarzenia. Ja chciałbym zwrócić Państwa uwagę na kwestię postrzegania swoich obowiązków – w tym tych kontrolnych – przez prezydenta miasta, które to jest jak można przypuszczać diametralnie odmienne od przyjętego za normę. Normą bowiem jest to, że gospodarz miasta wszelkie sygnały o mogących mieć miejsce nieprawidłowościach traktuje śmiertelnie poważnie i stara się je dogłębnie i bezstronnie wyjaśnić.

W naszym mieście jest inaczej. Prezydent z góry wie, że tam gdzie inni widzą delikatnie mówiąc „grząski grunt”, nasz włodarz jest przekonany, że wszystko jest w porządku, a tylko jego wrogowie polityczni szukają dziury w całym. Dziwnie to wszystko wygląda zwłaszcza w kontekście sygnałów płynących także z jego jeszcze do niedawna najbliższego otoczenia. Skoro ludzie będący blisko źródła wiedzy twierdzą, że pewne sprawy są postawione na głowie, to chyba coś w tym musi być. Mam tutaj na myśli chociażby wywiad zamieszczony w jednej z lokalnych gazet z przewodniczącym Rady Miasta. Na wspomnianej sesji radny Józef Kapusta poruszył kwestie związane z finansowaniem Telewizji Żyrardowskiej stwierdzając, że jego także zadziwia nonszalanckie podejście prezydenta do zaistniałego problemu. Wspomniany radny w wolnych wnioskach wyraził swoje zaniepokojenie o nasze wspólne finanse, do czego miał prawo z racji wykonywanego mandatu nadanego mu przez społeczeństwo miasta. Stwierdził, że wskazywane nieprawidłowości powinny być objęte śledztwem, którego przebiegiem prezydent powinien być żywnie zainteresowany.

O tym, że prezydent czuje się jak monarcha, a nie zwykły obywatel miasta, jedynie pełniący z nadania zaszczytny urząd, pisałem już kilkukrotnie. Teraz po raz kolejny dał tego pokaz odnosząc się do wystąpienia radnego Kapusty, chwilami okazując swoją frustrację wprost z miejsca, nie czekając na udzielenie głosu. Tak więc nasz władca na dywagacje radnego odpowiedział natychmiast, ale zdziwiłby się każdy, kto oczekiwałby zrozumienia i podjęcia rzuconej w przestrzeń inicjatywy. Prezydent krótko mówiąc skarcił niesfornego radnego, stwierdzając, że „tu nie jest Sejm” czyli nie należy się spodziewać żadnych komisji śledczych. Dodał jeszcze z naciskiem aby radny „ważył słowa i nie plótł co mu ślina na język przyniesie”.

Z najróżniejszych doniesień wiadomo, że prezydent lubi głównie pochwały i chórek głosów powtarzających zgodnie to, co on powie. Jednakże Rada Miasta to nie osobisty dwór prezydenta,
a radny Józef Kapusta to nie dworzanin ze świty miłościwie nam panującego. Pana radnego wybrał na pełniony urząd nie Wojciech Jasiński, ale grono mieszkańców, którzy mu zaufali i zdecydowali (oddając swój głos), że będzie godnie reprezentował ich poglądy na forum miasta. Teraz prezydent uzurpuje sobie prawo do osądu co w wypowiedziach poszczególnych radnych jest słuszne i mądre, a co głupie i nadające się wyłącznie do natychmiastowej krytyki. Ja ze swej strony podpisuję się pod wystąpieniem radnego, bo oprócz chęci poznania prawdy i troski o wspólne dobro nie było w nim nic, co mogłoby wywołać gniew i ostre słowa prezydenta.

Chyba że… Kiedy już zgasły kamery, ucichły spory, a noc otuliła swym czarem uczestników debaty, na scenie pojawiła się kobieta. Kobieta z naręczem żółtych kwiatów poprosiła szykujących się do rozejścia radnych, o odśpiewanie prezydentowi „100 lat” i sama zaintonowała tą jakże bliską naszym sercom, okolicznościową pieśń. Niczym Marilyn Monroe w pamiętnym wystąpieniu w Medison Square Garden w 1962 r. dla prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, podobnie i teraz stojąc samotnie naprzeciw tego lokalnego męża stanu, głosem drżącym z emocji i napięcia, wyśpiewywała kolejne frazy życzeń długowieczności dla stojącego przed nią mężczyzny.

Po północy w Żyrardowie, kiedy większość mieszkańców miasta już śpi, ktoś inny nie śpi – czuwa, aby godnie uczcić urodziny ojca miasta. Ktoś spyta: cóż w tym złego i dziwnego, że uczczono urodziny prezydenta? Oczywiście prezydent jak każdy człowiek ma swoje święto i ma prawo je obchodzić jak chce. Tutaj jednak pikanterii całej sprawie nadaje osoba natchnionej „śpiewaczki”. Wszak to nikt inny jak właścicielka firmy zajmującej się produkcją dla Telewizji Żyrardowskiej. Obiekt podejrzeń, kontroli i wszelkich niedopowiedzeń ciążących na relacjach biznesowych i przepływach finansowych pomiędzy Centrum Kultury, Telewizją Żyrardowską i tą właśnie firmą. Trudno zatem oczekiwać jakiegoś nadzwyczajnego zaangażowania ze strony prezydenta w wyjaśnianie afer, skoro tak emocjonalne relacje istnieją pomiędzy reprezentantem miasta, a podmiotem zewnętrznym świadczącym dla tego miasta swoje usługi.

Notabene Centrum Kultury opublikowało właśnie zaproszenie do składania ofert na „Przygotowanie i produkcję programów Telewizji Żyrardowskiej”. Wymagania jakie umieszczono
w zaproszeniu są godne produkcji realizowanych przez Telewizję Polską, emitowanych w programie 1. W tym miejscu nadmienić trzeba, że obserwujących naszą miejską telewizję w internecie jest obecnie 3591 osób. Tak więc tylko co 10 mieszkaniec raczył zauważyć jej istnienie. Czy ma zatem sens stawianie wygórowanych warunków przed potencjalnym wykonawcą usługi? Musi to wpłynąć na jej koszt, bo ograniczy konkurencję. Przy tym czytając kolejne warunki specyfikacji trudno nie odnieść wrażenia, że wypisz wymaluj pasują do profilu i doświadczenia zawodowego obecnego wykonawcy (tj. wykonawczyni).

Firma reprezentowana przez naśladowczynię Marilyn Monroe, w trakcie dotychczasowej współpracy zainkasowała już pewnie kilkaset tysięcy złotych przychodu. Ile z tego zostało w postaci czystego dochodu dla wielbicielki żółtych kwiatów, wie tylko ona. Ja natomiast myślę, że gdyby te pieniądze zainwestowano w młodzież o zainteresowaniach kinematograficznych organizując przy Centrum Kultury pracownię tematyczną, to dzisiaj grupa młodych ludzi, którzy chcą czegoś więcej niż tylko butelki piwa pitej w bramie, miałaby miejsce realizacji swoich zainteresowań
i pasji. Jak swego czasu Joanna Trzepiecińska czy Jarosław Gajewski, tak kiedyś i oni mogliby przynieś chwałę miastu, z którego się wywiedli. Teraz mamy telewizję, a z nią konkretne wydatki versus niską oglądalność.

Do tego tajemnicze zasady finansowania i tylko Bóg jeden wie, ile tak naprawdę pieniędzy tam przepływa. Jedynym chyba „plusem” jest to, że dzięki temu przynajmniej jedną młodą kobietę w naszym mieście stać na duży bukiet żółtych kwiatów. Swoiste memento powinien stanowić los pierwowzoru.

Marilyn Monroe wg spiskowej teorii dziejów, swoją atencję dla prezydenta USA przypłaciła nagłą i przedwczesną śmiercią. Z tego wynika, że nie warto śpiewać prezydentom – różnie się to potem kończy. Kwestię symboliki żółtych kwiatów pozostawiam do zgłębienia florystom.