Profesjonalizm po naszemu

Poruszony w ubiegłym tygodniu temat przetargu na lokal gastronomiczny nad modernizowanym zalewem przyniósł taki skutek, że postępowanie zostało unieważnione. Oficjalnie z powodu nie stawienia się jedynego oferenta, który wpłacił symboliczne wadium. To, że oferent się nie pojawił jest najlepszym dowodem na brak logiki w konstrukcji tego postępowania, przejawiający się chociażby właśnie wysokością ustanowionego wadium. Kwotę 200 zł najzwyczajniej w świecie większość podmiotów przystępujących do postępowania, w przypadku złego obrotu sprawy, może bez uszczerbku dla kondycji finansowej poświęcić. Przy okazji tej sprawy możliwe było dokonanie szybkiej oceny jakości i profesjonalizmu postępowań przetargowych, przygotowywanych pod auspicjami władz naszego miasta.

Firma, której jestem właścicielem świadczy swoje usługi między innymi dla klientów z sektora publicznego i praktycznie w każdym tygodniu bierze udział w kilku takich postępowaniach. Materiał porównawczy mam więc przebogaty. Jak na tym tle wypada nasz Urząd Miasta? Niestety fatalnie. Tydzień temu opisałem, to co sam w gazecie przeczytałem czyli ogłoszenie przetargowe. Skrytykowałem formę postępowania (przetarg ustny), przewidywany okres dzierżawy, wysokość wadium i wywoławczą wartość czynszu dzierżawnego, która w prasie była podana jako śmiesznie niska wartość roczna. Na stronie internetowej Urzędu Miasta w Biuletynie Informacji Publicznej ta sama wartość była podana jako wartość miesięczna. Zatem w prostym ogłoszeniu przetargowym popełniono szereg błędów zarówno formalnych jak i taktycznych. Wykazywałem, że przy takiej formie i konstrukcji przetargu miasto musi się liczyć z mniej korzystnym (w kontekście finansów miasta) rozstrzygnięciem.

Ciekawie wyglądał sam przebieg postępowania. W tych,
w których bierze udział moja firma przyzwyczajono mnie do pewnych świętych zasad. Po pierwsze terminy złożenia czy wpływu ofert – są ściśle określone i nieprzekraczalne. Podobnie termin wpłacenia wadium. Tutaj ponownie mieliśmy sprzeczne informacje. Tak jak funkcjonowały w obiegu dwie informacje dotyczące wywoławczej wartości czynszu: czy jest to wartość roczna czy miesięczna, tak i były dwie daty, do których należało wpłacić wadium. Po drugie termin otwarcia ofert. W tym wypadku – ponieważ to miał być przetarg ustny – godzina, o której postępowanie w ustnej formie miało zostać przeprowadzone. Z doświadczenia powiem, że wszystkie podmioty, z którymi mam do czynienia przystępują do oceny ofert ze szwajcarską punktualnością. Nie ma dla nich znaczenia czy oferenci pojawili się na otwarciu czy też nie. Komisja powołana do oceny złożonych ofert, po przedstawieniu członków, którzy w niej zasiadają oraz przedmiotu zamówienia, dokonuje otwarcia 6yi odczytania złożonych ofert. W naszym postępowaniu przede wszystkim rzuciło się w oczy nonszalanckie podejście do kwestii godziny rozpoczęcia przetargu. Dopiero po zwróceniu na ten fakt uwagi przez jednego z uczestników zreflektowano się i po chwili przystąpiono do czynności, które od biedy moglibyśmy nazwać „rozpoczęciem przetargu”. Drugie zaskoczenie to brak jako takiej komisji, która zostałaby oficjalnie przedstawiona przybyłym jako ta, która jest upoważniona do formalnego przeprowadzenia postępowania. Miejscem akcji był korytarz urzędu. Przybyłych nie zaproszono do jakiegokolwiek pokoju czy sali, tylko właśnie na korytarzu poinformowano, że z uwagi na nieobecność jedynego oferenta, który wpłacił wadium, przetarg się nie odbędzie.

Przyglądając się od początku do końca temu postępowaniu trudno nie odnieść wrażenia, że z kolei tym razem mamy pokaz „profesjonalizmu po naszemu”. Strach pomyśleć, jak toczą się postępowania, których stawką są dużo większe zadania i dużo większe pieniądze, zwykle do wydania przez miasto (tutaj były akurat do zarobienia). Obserwując to nagromadzenie błędów, gaf i pomyłek przy okazji tego skromnego postępowania, ma się przeświadczenie, że albo jest to celowe działanie mające „zmącić wodę”, albo poziom miejskich służb odpowiedzialnych za zamówienia publiczne jest skandalicznie niski.

Po moim tekście z ubiegłego tygodnia, w internecie rozgorzała dyskusja, w której przeważały głosy oburzenia i niezadowolenia z tak pojmowanego sposobu zarządzania miastem. Nie wiem czy prezydent to czyta czy też nie, ale na pewno czytają to jego ludzie i doradcy. Gdybym był na miejscu prezydenta i kierowałyby mną czyste intencje idące wespół z troską o dobro miasta i powierzonego mi mienia, z pewnością wyciągnąłbym z tych informacji odpowiednie wnioski i wprowadził określone działania korygujące.

Pycha jest jednak silniejsza od rozumu.

Otóż pojawiło się nowe ogłoszenie dotyczące przetargu na wydzierżawienie tego samego lokalu. Jakieś zmiany? Owszem: wartość wywoławcza czynszu dzierżawnego jest podana jako wartość miesięczna oraz kwota wadium została zwiększona do… 300 zł. Już widzę jak potencjalni uczestnicy zostali zdyscyplinowani! Jeśli 200 zł kogoś nie pogrążyło, to liczenie na to, że 300 zł już taki efekt wywrze jest delikatnie mówiąc naiwnością. Dalej twierdzę, że ten przetarg ma ktoś wygrać i pewnie ten tajemniczy „ktoś” wygra. Natomiast my możemy się w domowym zaciszu zastanawiać jakie kwoty z naszego skromnego budżetu zostały zaprzepaszczone w poszczególnych przetargach jakie miasto przez lata ogłaszało. Pewnie nigdy się tego nie dowiemy, ale przez domniemanie oparte na tym prostym przykładzie możemy przypuszczać, że spore.

Takie gospodarowanie jaki gospodarz – chciałoby się powiedzieć i tak jest w istocie. Od kilku dni możemy podziwiać odnowioną i oświetloną fontannę. Zadanie to wykonali pracownicy miejskiej spółki. Zatem mamy ludzi zdolnych do przeprowadzenia takich działań, co z pewnością mniej nas kosztowało niż zatrudnienie podmiotu zewnętrznego. Dlatego dziwi mnie, że zabrakło wykwalifikowanych kadr do przeprowadzenia nasadzeń roślin na okolicznych klombach.

PGK, który o ile się nie mylę realizuje zadania miejskie w tej dziedzinie (być może na podstawie wygranego przetargu) nie zajął się tymi pracami, a robiła to firma zewnętrzna, która pewnie nie wykonywała swojej pracy charytatywnie, z miłości do naszego miasta. Z napływających do mnie zgłoszeń wiadomo, że miejskie spółki zamiast współpracować, dzielić się wzajemnie zasobami i swoim szeroko rozumianym potencjałem, wolą zatrudniać firmy zewnętrzne, oddając tym samym część swoich budżetów w obce ręce. Na pewno nie da się wszystkiego zrobić własnymi siłami i outsorcing będzie funkcjonował, ale chyba wyrwanie jednych kwiatków i wsadzenie drugich nie jest zadaniem wykraczającym poza potencjał PGK. Dlaczego zdecydowano, że zrobi to ktoś z zewnątrz?

Ciekawie też wygląda zarysowująca się geografia biznesowa. W naszym mieście zaczynają realizować proste zadania firmy np. ze Skierniewic, z Płońska. Dlaczego akurat z tych miast? Przyszłość da nam odpowiedź, a dociekliwi już pewnie wiedzą.