Trzech tenorów

Lada moment stuknie nam 3 rocznica wyboru aktualnie rządzącego naszym miastem Prezydenta oraz zasiadającej w obecnym składzie Rady Miasta. Od roku było już z górki, teraz jest już jazda na całego, czyli ostry finisz przed widoczną w oddali metą. To dobry czas do przemyśleń i refleksji, zwłaszcza jeżeli jest się w gronie odpowiedzialnych za miasto, bo jak nie teraz to kiedy? Przecież może się zdarzyć, że wyborcy nie podzielą dobrego mniemania o sobie co niektórych radnych i kolejne przemyślenia na temat miasta będą już owi radni snuć jako osoby prywatne, a nie czynni samorządowcy. Zatem aby nie być posądzonym o ważkie podejście do tak istotnych kwestii, niektórzy z szeroko pojmowanych „ojców” miasta rozpoczęli publiczną dyskusję o wizjach, projektach i przyszłej roli Żyrardowa w ramach Rzeczypospolitej.

W Życiu Żyrardowa z ubiegłego tygodnia pojawił się całostronicowy tekst autorstwa trzech panów, z którego wynika, że nasze miasto jak niczego innego pilnie potrzebuje pomysłu na dalszy rozwój. Można by rzec: odkrywcze – ale takie stwierdzenie zakrawałoby na ironię. Przyznam się szczerze, że tekst jako taki przeczytałem z zainteresowaniem. Nigdy nie będąc samorządowcem, nie miałem do końca świadomości istnienia w przeszłości pewnych koncepcji dotyczących naszego miasta. Nie miałem wiedzy na temat pomysłów na ich realizację lub powodów zaniechania, a to wszystko zostało mi w pigułce podane w artykule „Quo Vadis Żyrardów”. Jednakże przyjemność lektury psuł mi – początkowo odczuwany podświadomie – dyskomfort emocjonalny, że coś jest nie tak. Trzeba było przebłysku, aby zdać sobie sprawę co to takiego. Otóż z trzech panów podpisanych pod artykułem, dwóch ma bezpośredni i czynny wpływ na podejmowane decyzje w obecnej kadencji władz. Czyli po 3 latach zarządzania miastem dojrzeli do myśli, że miastu potrzebna jest koncepcja na dalszy rozwój? Zatem do tej pory cała ekipa rządziła miastem ad hoc, bez szerszej strategii i pomysłu jakim chcieliby widzieć Żyrardów za np. 10 lat?

Pamiętam, że niedługo po objęciu urzędu przez obecnego Prezydenta pojawiał się w opracowaniach (bodajże było to w „żyrardowskim Forbsie”) dokument określany mianem „strategii dla Żyrardowa”. Pamiętam też, że przy jakiejś okazji krytykowałem pojawiające się tam zapisy, jako bezrefleksyjne kopiowanie dokumentu stworzonego przez poprzedników, podczas gdy w niektórych opisywanych obszarach realia uległy zmianie. Teraz wychodzi na to, że mimo machania tym dokumentem przed nosem mieszkańców, nikt z machających nie traktował go poważnie. Ot jakby ktoś zapytał: macie pomysł na nasze miasto? – to można było mu z całą powagą odpowiedzieć: mamy nie tylko pomysł, ale całą strategię! Do czego ową strategię można wykorzystać – na bazie wynurzeń trzech panów – możecie sobie Państwo sami odpowiedzieć. W zasadzie pochwalić należałoby samą inicjatywę, że ktoś chce się nad losami miasta pochylić i zadać ogółowi tak kluczowe pytanie: dokąd zmierzamy – jako miasto oczywiście? Pewnie bym pochwalił, gdyby to pytanie pojawiło się 3, a przynajmniej 2 lata temu. Teraz płynące z tekstu nawoływania do zjednoczenia i współdziałania ponad podziałami w imię wyższych celów, odbieram niestety jedynie jako przedwyborczą retorykę. Przez ostatnie 3 lata dosyć napatrzyłem się na to „współdziałanie ponad podziałami”, także w wykonaniu dwóch spośród trzech autorów tekstu, aby teraz bezkrytycznie uwierzyć w ich kryształowe intencje.

Miastu rzeczywiście potrzebny jest pomysł. Rzekłbym nawet, że biorąc za punkt wyjścia nasze cywilizacyjne zapóźnienia względem sąsiadów, to potrzebujemy „na już” całej garści dobrych pomysłów. Teraz może słów kilka na czym opiera się pomysł „trzech tenorów” podpisanych pod tekstem. Otóż zdaniem autorów miasto powinno postawić na sztukę i kulturę (w oryginale zapisane wielkimi literami z 3 wykrzyknikami). Od razu jak to czytam, to przypomina mi się scena z serialu „Daleko od szosy”, w której bohater posługuje się względem swojego złośliwego adwersarza wcześniej zasłyszaną w pociągu frazą: „jak widzę taką sztukę, to trudno zachować kulturę”. Jakkolwiek absolutnie nie podważam roli kultury i sztuki w rozwoju nie tylko jakiegokolwiek z miast, ale także wszystkich bez wyjątku obywateli, to uczynienie z tych dwóch duchowych walorów głównego kierunku rozwoju naszego miasta uważam za utopię. Zwykle kultura i sztuka w naszym kraju wymaga dotowania, a nasze miasto samo potrzebuje donatora. Rolę mecenasa jest w stanie sprawować jedynie w obecnej ułomnej formie. Poza tym doświadczenia rządzącej ekipy z zarządzaniem kulturą wyglądają tak, że w Centrum notabene Kultury panuje bezkrólewie, które pokazuje, że jedyne pomysły na „kulturę” mają stricte polityczne podłoże i jak widać nie sprawdzają się w praktyce.

Czyż nie mrzonką byłoby zarządzanie całym miastem różnorodnych placówek kulturalnych, skoro z jedną nie można sobie poradzić? W tekście wymienianych jest szereg miast znanych z imprez kulturalnych: Sopot, Międzyzdroje, Kazimierz nad Wisłą itp. Mają stanowić przykłady na dynamiczny rozwój oparty na kulturze. Uważam, że to błędna teza. Miasta te są przede wszystkim albo kurortami, albo przynajmniej miejscowościami o istotnych i powszechnie uznanych walorach turystycznych. Podam inny przykład: Kołobrzeg – swego czasu miasto znane głównie z festiwalu piosenki żołnierskiej. Czy sądzicie Państwo, że miłośnicy „Zosieńki”, co to „otwierała okienko na wschodnią stronę” zapewnili miastu dzisiejszy dostatek? Oczywiście, że nie. To koncepcja uzdrowiskowa oparta na sanatoriach, które wciąż wyrastają w tym mieście jak grzyby po deszczu, jest siłą sprawczą i źródłem niewysychającego strumienia „ojro” płynących do miasta w kieszeniach niemieckich kuracjuszy.

Niestety, czy nam się to podoba czy nie, to wszelki rozwój oparty jest na pieniądzach. Jak się je ma, to można rozwijać kulturę i sztukę. Gdy ich brakuje, to trzeba najpierw zapewnić miastu ich dopływ. Jeżeli autorzy tekstu za cel stawiają sobie uczynienie miasta „rozpoznawalnym”, to faktycznie ten cel jest do zrealizowania, tylko czy rozpoznawalność przełoży się wprost na zamożność mieszkańców? Czy da pracę młodym ludziom codziennie wystającym na żyrardowskich peronach i czekającym na swój pociąg do pracy? Czy zatrzyma zdecydowanych do wyjazdu na stałe z miasta, do pozostania w nim i dalszego układania sobie tutaj życia? Wreszcie czy propozycje wyartykułowane w tekście – chociaż bardzo pociągające – są tym kierunkiem przywołanym w tytule, w którym naprawdę powinniśmy zmierzać?

Doceniam naszą spuściznę architektoniczną, dostrzegam w niej wielki potencjał, ale realnie oceniając sytuację rozwój miasta jest tożsamy z rozwojem biznesu. Ten zaczyna się prężnie rozwijać w naszej najbliższej okolicy. Dostajemy od losu szansę, na zabranie się tym pociągiem do pieniędzy mimo, że to nie my układaliśmy tory.

Naszą strategię dla miasta – realną, a nie abstrakcyjną – musimy opierać na okolicznych inwestycjach i dostosowywaniu naszej oferty infrastrukturalnej, ludzkiej, a być może także i tej kulturalnej do potrzeb z nich wynikających. Wszyscy zapewne chcielibyśmy żyć w mieście poetów, literatów, muzyków i malarzy. Byłoby kulturalnie i nobilitująco. Rzeczywistość jest jednak taka, że spora część mieszkańców naszego miasta wciąż musi za potrzebą biegać do wychodka na podwórku, a muzea, kina kameralne, sceny teatralne i akademiki w ich sąsiedztwie to puste hasła. Musimy poczekać na inną, lepszą melodię o naszej przyszłości, którą ktoś inny nam wyśpiewa.

Zdjęcie znalezione w zbiorach Żyrardów na starej fotografii