„Zdrady” w Urzędzie Miasta

Zdrada jako postępek może mieć szeroki kontekst i dotyczyć wielu sfer naszego życia i obyczajowości. Gdybyśmy chcieli stworzyć hierarchię niegodziwości opartej na zdradzie, to zapewne na jej szczycie umieścilibyśmy zdradę ojczyzny – ziemi, która nas wykarmiła i społeczności, której byliśmy częścią, stanowiąc ogniwo w historycznej ciągłości narodu.

Tego rodzaju zdrada boli najbardziej, bo osoba zdrajcy sprzeniewierza się nie tylko własnej grupie etnicznej, ale całemu dziedzictwu swoich przodków. Ich dokonaniom, ideałom którym hołdowali i byli wierni, ale także ofiarom jakie w imię swojej ojczyzny i narodowości ponosili. Wszystkie inne zdrady chociaż zawsze oceniane negatywnie (często nawet przez tych, którzy akurat na nich korzystają, okazując jawną pogardę dla zdrajcy) nie mają aż tak wielkiego ładunku emocjonalnego jak zdrada kraju.

Dlatego zdradę ideałów, prezentowanego światopoglądu, wyznawanej wiary, czy najbardziej powszechną zdradę małżeńską lub towarzyską – godzącą w przyjaciół, zwykle przyjmujemy z większym spokojem i mniejszym wzburzeniem. Częściowo wynika to z powszechności tego zjawiska. Politycy zmieniają barwy polityczne niczym garderobę w nowym sezonie. Nic sobie nie robią z wcześniejszych deklaracji i głoszonych poglądów. Bez cienia wstydu i jakiegokolwiek skrępowania głoszą hasła z przeciwnego bieguna w stosunku, do uprzednio prezentowanych. Myślę, że pospolitość takiego zachowania – bo tak już możemy mówić z racji częstotliwości występowania – wynika z naszego cichego przyzwolenia.

Gdyby polityk permanentnie zmieniający poglądy polityczne niczym wąż skórę, był marginalizowany w życiu publicznym i nie był przygarniany przez kolejne partie chcące skorzystać na wykreowanym już nazwisku, to każdy następny chcący pójść w jego ślady wielokrotnie przemyślałby temat, za nim by się na taki krok zdecydował. My sami oddając głos na takich „skoczków” wielopartyjnych, sankcjonujemy zdradę wcześniej wyznawanych poglądów jako coś naturalnego. Oczywiście człowiek w procesie dorastania obywatelskiego, wzrostu świadomości społecznej i politycznej ma prawo do zmiany swoich poglądów, ale na Boga nie co 4 lata, przed każdą kolejną kampanią wyborczą!

Podobnie rzecz się ma ze zdradą towarzyską. Motywy często są takie same jak u polityków: chęć zrobienia kariery i związany z nią wybór „szybszej ścieżki”, zawiść, zazdrość lub chciwość – bo ktoś może coś zaoferować, kupując sobie takiego „przyjaciela” na określony czas, w jakim jest mu potrzebny. Jakiekolwiek motywy nie towarzyszyłyby temu zjawisku, to jakie uzasadnienia nie byłyby prezentowane na potrzeby tzw. opinii społecznej (tutaj rozumianej także jako grono wspólnych znajomych, rodzina itp.), to zdrajca zawsze jest postacią negatywną, a zdradzany zasługuje na współczucie związane z tym, co go spotkało.

Piętno zdrajcy jest potęgowane przez tradycję wynikającą wprost z Ewangelii, gdzie postać najsłynniejszego zdrajcy w historii – Judasza, który zdradził swojego mistrza i nauczyciela, na zawsze zdeterminowała postrzeganie tego rodzaju negatywnych bohaterów. O zdradach małżeńskich chyba nawet nie ma co wspominać, bo w czasach gdy w niektórych miastach w skali roku jest więcej spraw rozwodowych w sądach niż zawieranych małżeństw, oznacza tylko, że jest to zjawisko nad wyraz powszechne.

Ta garść refleksji dotyczących zdrad wszelakich przyszła mi na myśl po telefonie do naszego Urzędu Miasta. Nie dlatego żeby – broń Boże – upatrywać wśród naszej władzy reprezentantów poszczególnych kategorii zdrad, bo przecież gdyby takowi byli, to zapewne nie śmieliby z podniesionym czołem występować przed naszą lokalną społecznością. Otóż w słuchawce telefonu usłyszałem jako zapowiedź głos znanego lektora. Znanego z podkładania głosu do wielu filmów, znanego z telewizji – także naszej, lokalnej – oraz z emitowanego w jednej ze stacji telewizyjnych serialu „Zdrady”. W swoim życiu prywatnym
i biznesowym wciąż gdzieś dzwonię.

Często czekam z telefonem w ręku na połączenie z właściwym działem czy departamentem, słuchając głosu instruującego w jaki sposób mam się przełączać. Jednakże nigdy, ani w przypadku najważniejszych urzędów w Polsce, ani największych firm komercyjnych nie spotkałem jeszcze tak znanego głosu. Zwykle jest to zapowiedź osoby „podobnej zupełnie do nikogo”, której głos nie przywodzi na myśl skojarzeń, tak jak to miało miejsce u mnie, kiedy dzwoniąc do UM w Żyrardowie skojarzyłem sobie serial „Zdrady”. Pewnie pomyślą Państwo, że to fanaberia urzędnicza i komuś poszybowała wyobraźnia ponad miarę. Pewnie tak i pewnie jak zwykle za nasze pieniądze, bo znany lektor nie robi tego za darmo.

Zapewne zaraz w odpowiedzi usłyszymy, że zrobił to w ramach kontraktu dla telewizji żyrardowskiej. Być może, ale chyba warto byłoby się dowiedzieć w takim razie jak jest ta telewizja finansowana? Jakiego rzędu są to kwoty w skali miesiąca? Czy przeciętny mieszkaniec naszego miasta wie, komu podlega to medium i skąd biorą się dla niego pieniądze? Pewnie taka wiedza skończy się na stwierdzeniu, że jest to komórka miejska, podległa bezpośrednio pod Centrum Kultury. I tyle. Skąd się biorą na to pieniądze i jak wielkie są to pieniądze pewnie wie niewielu, albo nikt. Ja nie wiem, a raczej wiem niewiele, a chciałbym jako mieszkaniec wiedzieć więcej. Patrząc na czołówkę ostatniej emisji z dnia 12 września widzę całą listę reklamodawców – tak przynajmniej zakładam. Są to: PEC, PGK, AQUA, PGM, RESURSA, ŻCK, MUZEUM LNIARSTWA i ISKO. Pytanie premiowane: ile z tych podmiotów nie jest zależnych od władz miasta? Prawda, że łatwizna? Zatem przedsiębiorstwa będące de facto własnością miasta wykupują reklamy w innym podmiocie będącym również własnością miasta.

Oczywiście nie jest to prawnie zabronione, ale jest to forma zatajania prawdziwych kosztów utrzymania takiego bytu medialnego. Pytanie: po co miasto miałoby coś takiego robić? – jest z gatunku tych najbardziej naiwnych. Wystarczy obejrzeć wspomnianą powyżej emisję i już mamy odpowiedź. W odcinku Pan Prezydent (lub któryś z Jego zastępców) dziękuje, gratuluje, oznajmia, informuje, zaprzecza, potwierdza itd., itd. Na ponad 40 minut emisji, lwia część przypada na wystąpienia włodarza miasta lub jest o włodarzu.

Mamy więc tubę propagandową zamiast rzetelnego źródła informacji, głosu mieszkańców i o mieszkańcach. Ktoś powie, że to nie prawda, że przecież wypowiadają się tam i inne osoby. W poprzedniej epoce w Dzienniku Telewizyjnym także nie tylko przedstawiciele partii się wypowiadali, ale stanowili tylko niezbędne tło dla osiągnięć „światłych przywódców narodu”.

Tutaj jest podobnie. Wszystko to dzieje się rzekomo przy niskim nakładzie środków finansowych, ale w rzeczywistości tak nie jest. Spółki miejskie solidarnie składają się na ten kanał informacji o chwale Prezydenta i Jego ekipy, czy im się to podoba czy nie. Trzymające pieczę nad TV Żyrardowską Centrum Kultury pewnie jest w stanie przedstawić jakieś koszty, ale ich wiarygodność może budzić zastrzeżenia.

Źródła dobrze poinformowane sugerują, że obecny okres bezkrólewia w tej placówce wynikający z absencji chorobowej pani dyrektor, jest spowodowany rozbieżnościami w bilansie na kwotę ok. 200 tys. zł. No cóż, faktycznie można się od tego rozchorować. Gdzie się te pieniądze „zgubiły”? Poszły na kulturę czy może na promocję? Czas to pokaże, natomiast myślę, że my wszyscy mieszkańcy mamy prawo i powinniśmy wiedzieć jakie są zasady funkcjonowania Telewizji Żyrardowskiej. Jak jest finansowana, kto faktycznie dla niej pracuje, jakie ma kwalifikacje czy kompetencje, w jaki sposób dokonuje się naboru pracowników i współpracowników?

Obserwując kto ostatnimi czasy biega z mikrofonem można założyć, że głównym kryterium przydatności i kwalifikacji w tych mediach jest poddańcza wierność Prezydentowi. Zapraszam do dyskusji, a w międzyczasie każdy może sobie posłuchać głosu lektora z serialu „Zdrady” w telefonicznej zapowiedzi Urzędu Miasta.