Żyrardów jest najważniejszy?

„Polska w budowie” – takie hasło funkcjonowało w przestrzeni publicznej za czasów rządów koalicji PO – PSL. Jadąc dzisiaj przez nasz kraj, jak długi i szeroki, we wszystkich miastach, miasteczkach i wsiach aż wre od prowadzonych inwestycji. Kogo na ile stać, ten wziął się za remonty dróg, naprawy chodników, za latami odkładane inwestycje. Wszyscy chcą dużo zrobić w imię dobra własnej, małej ojczyzny. Tak jest to oficjalnie przedstawiane i wielu wierzy, że jest tak naprawdę. Ja niestety twardo stąpam po ziemi i mam z tym problem, bo też wolałbym czasami pobujać w obłokach i zdać się na wykładnię oficjalnej propagandy głoszonej przez prezydentów, wójtów i burmistrzów. Niestety mam bolesną świadomość, że taki boom inwestycyjny jest niczym innym, jak starannie zaplanowanym i właśnie realizowanym zabiegiem socjotechnicznym. Na naszym rodzimym podwórku także mamy spiętrzenie różnorakich inwestycji. Każdy kto chodzi z otwartymi oczami po mieście widzi, że dużo się dzieje. Dzieje się tak dużo, że może aż za dużo. W takim nawale robót trudniej nad wszystkim zapanować, trudniej gospodarskim okiem ocenić jakość wykonanych prac.

Pierwszy z brzegu przykład: właśnie jest „pruta” ulica Bohaterów Warszawy. Od jej remontu nie minęło wiele czasu. Nie zagłębiam się w szczegóły, bo większość mieszkańców tego nie robi, zresztą często nawet nie mając takiej możliwości. Po prostu widzą to, co widzą – ulicę niedawno modernizowaną, a już ponownie oddaną w ręce drogowców. Co taki przysłowiowy Kowalski sobie wtedy myśli? Przenosząc myślenie na grunt własnego gospodarstwa domowego myśli sobie, że pewnie najpierw położyli glazurę, a dopiero potem pomyśleli, że należy wymienić stare rury. I tak chodząc spacerkiem od inwestycji do inwestycji, oceniając to co widzą oczy, trudno jest nie odnieść wrażenia, że te wszystkie prace, tak przecież w swojej istocie potrzebne, nie są celem samy w sobie, a tylko środkiem do celu. Jakiego? Nie trudno się domyślić, bo przecież mamy rok 2018. Wciąż czytam w prasie o konstruowaniu lub – wręcz przeciwnie – o demontowaniu kolejnych koalicji politycznych. Czasami odnoszę wrażenie, że sama konstrukcja polityczna wykreowana w kontekście zbliżających się wyborów jest ważniejsza niż to, czego to miasto naprawdę potrzebuje i czy ktokolwiek poważnie myśli, aby to „coś” miastu rzeczywiście zapewnić. Być może bardziej wnikliwie obserwując różnorodne interakcje zachodzące
w naszym mieście pomiędzy różnymi uczestnikami życia publicznego, trudniej jest mi uwierzyć w czyste intencje i szczere zamiary stojące za większością deklaracji. Od prawie 4 lat wychodziłem z różnymi inicjatywami, mniejszymi lub większymi, które to albo spotykały się z głuchym milczeniem, albo wręcz były wrogo torpedowane.

Teraz, w tym wyjątkowym roku 2018, wszystko się nagle przewartościowało. Otrzymuję oficjalne zaproszenie od władz miasta do włączenia się (oczywiście finansowego) w rozmaite działania kulturalne i rozrywkowe przez te władze organizowane. Zarówno ja, jak i wielu innych przedsiębiorców dałoby się przekonać do takiej pomocy, ale w poczuciu współtworzenia scenariusza tych wydarzeń. Finansowanie cudzej koncepcji, która na domiar złego jest przygotowana na wyrost (w mojej ocenie dużo ponad możliwości finansowe miasta) byłoby tylko przykładaniem własnej ręki do planowej niegospodarności jaka ma miejsce. Dlatego warto sobie w tym miejscu postawić pytanie: czy dla tych wszystkich „koalicjantów”, „kandydatów” czy „kandydatów na kandydatów” Żyrardów rzeczywiście jest najważniejszy? Być może warto byłoby się pokusić o refleksję, że robić trochę mniej, ale za to lepiej, taniej, byłoby korzystniejsze dla naszego miasta? Miejmy świadomość, że gdyby nie kalendarz wyborczy, to pewne działania wcale nie miałyby miejsca w tym roku. Jednakże „ten rok” się skończy i trzeba będzie żyć dalej.

Czy na fali montowanych naprędce koalicji mieszkańcy dostaną naprawdę najlepsze i najbardziej przemyślane rozwiązania i strategie dla miasta? Boję się, że kiedy opadnie kurz wyborczy, to niezależnie od tego kto zostanie na placu boju jako zwycięzca, a kto zostanie z niego wyniesiony jako pokonany, ostateczne rachunki tej batalii i tak zapłaci Kowalski czy Nowak – przeciętni mieszkańcy tego miasta. Oczywiście to nie będzie zapłata wprost. To może być znaczące spowolnienie działań inwestycyjnych w kolejnych latach. To może być konieczność irytującej obserwacji prowadzenia kolejnych napraw
i poprawek dzisiejszych, nadmiernych inwestycji. To może być w końcu wzrost cen usług komunalnych, bo miasto szukając pieniędzy do załatania dziur budżetowych po obecnym festiwalu atrakcji, sięgnie po nie do kieszeni mieszkańców. To są oczywiście tylko gdybania, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy. Jak będzie w rzeczywistości, to się dopiero okaże. Jednakże chodząc po naszym mieście wciąż nie mogę się pozbyć natrętnej myśli, że Żyrardów tak naprawdę wcale i dla nikogo nie jest najważniejszy.

Przepraszam, jest najważniejszy: dla zwykłych mieszkańców cieszących się z tego, że w tym mieście przyszło im się urodzić, tu przeżywać swoje dzieciństwo, chodzić do szkoły, mieszkać na co dzień, wypoczywać, kochać, martwić się i radować każdym dniem codziennym. Dają temu wzruszający wyraz swoimi wpisami w mediach społecznościowych. Czytając te wpisy widać jak potężny jest potencjał uczuć do tego miasta wśród jego mieszkańców. Tylko czasami żal, że takiego potencjału nie widać w wizjach rządzenia miastem.